NASZ zwyczajny - niezwyczajny

Ocalił JĄ dla NAS!

dział: życie polonii
autor: Beata Kaczmarczyk
opublikowano: 2019-09-05 00:00:00

   W ostatnim  numerze  naszego tygodnika, opatrzonym  datą 29  sierpnia 2019, zamieściliśmy tekst pod tytułem "Ocalił JĄ dla NAS!", który wywołał niemałe poruszenie
w naszej społeczności. I dobrze. Na to właśnie liczyliśmy. 
   Dziś, tytułem wstępu, publikujemy jego skrót (z myślą o powracających z wakacji), a następnie - zgodnie z zawartą w nim obietnicą - opowieść, która zrodziła się pod wpływem naszej wizyty w rodzinnym domu tego zwyczajnego (jak chciałby być traktowany) i niezwyczajnego (jak jest postrzegany) piłkarza - lekarza. 
         
  Ocalił JĄ dla NAS!
        To nie była  łatwa decyzja... Bo przecież  Polanka Sokołów, czyli  zielona polana w północno - wschodniej części miasta New Britain, należąca do Polaków, a konkretnie do Gniazda Sokołów 88,  to przecież duma Polonii z  Connecticut. To  miejsce, gdzie od wielu lat, poprzez różne formy działalności kulturalnej i rozrywkowej  -  integrujemy się ze sobą. 
To w końcu obiekt westchnień wielu gości, w tym reprezentantów środowisk polonijnych innych stanów USA, którzy o takim miejscu spotkań Polonusów nawet nie próbowali marzyć... 
   Ale skoro zawiodły wszystkie próby utrzymania tego terenu, skoro każdy kolejny miesiąc,z pokaźną  pulą rachunków do zapłacenia, powiększał finansowe tarapaty Sokołów, jesienią 2017 roku zarząd podjął decyzję o sprzedaniu części tej ziemi. 
I właśnie wtedy, gdy deweloperzy (inwestorzy budowlani), zacierając ręce,  krążyli  już po Polance z  narzędziami pomiarowymi, snując plany budowy nowoczesnego kompleksu budynków mieszkalnych  - pojawił się ON. 
Rzucając Sokołom (Polonii)  koło ratunkowe, OFIAROWAŁ na ocalenie Polanki - w nienaruszonym stanie! - 
- PONAD MILION DWIEŚCIE TYSIĘCY DOLARÓW, 
powołując tym samym do życia Falcon Academic and Athletic Association INC, niezależną organizację (non profit),
która - stając się współgospodarzem Polanki - postawiła sobie za cele: krzewienie sportu wśród lokalnej Polonii, edukację kultury fizycznej, oraz wspieranie młodych w zdobywaniu wykształcenia. 
Kim jest ów FILANTROP i co nim kierowało?  To z krwi i kości Polak z Podkarpacia, od 56 lat mieszkaniec Connecticut, dla którego ambicja jest ważną siłą w życiu. Pasjonat piłki nożnej, wyjątkowy zawodnik wielu klubów profesjonalnych i amatorskich, w tym - drużyn polonijnych.
Z wykształcenia -  lekarz, wykonujący każdego tygodnia skomplikowane operacje tzw. zabiegi ostatniej szansy...                   Redakcja 

                                                                                                                 ***                             
   Zanurzyłam się w tej historii całkowicie. Uczta. Za oknem noc, a ja, spisując z dyktafonu rozmowę, którą dane mi było za dnia przeprowadzić - smakuję każde wypowiedziane przez moich rozmówców słowo. To niesamowite, jak jedno spotkanie może postawić serce do pionu. Uświadomić, że potrzeba pomagania tkwi gdzieś głęboko i wystarczy impuls, aby wydobyć ją i przekuć na działanie społeczne. 
 To będzie opowieść prawdziwa. O jednym z nas - emigrancie z Polski. O człowieku, który "domowy uniwersytet" (z całym systemem wartości!) i lata ciężkich studiów - wykorzystał nie tylko do budowania kariery i zarabiania pieniędzy, ale przede wszystkim do pomagania innym. Zawodowo i SPOŁECZNIE. 
Jeśli Państwo potrzebujecie takich bodźców, zachęcam do lektury tego tekstu...                                          
                                                                                                                                         Beata Kaczmarczyk 
 Stół  - serce DOMU
  24 dzień sierpnia 2019. Niedziela. Piłkarze Polonii Falcon, którzy ze spuszczonymi głowami opuszczają boisko Polanki  Sokołów - mówią, że czarna. Przegrali mecz...
 Z "trybun" podnoszą się też kibice. Wśród nich, uśmiechnięci (mimo porażki) -
Zofia i Stefan Stójowie, najwierniejsi sympatycy tej polonijnej drużyny i - nie ma wątpliwości  - najstarsi. Ona ma lat 92, On - o trzy więcej. 
   Prawie od półwiecza (!), czyli od chwili kiedy dla dobra dzieci zamieszkali w bliskim sąsiedztwie boiska Polanki, niemal każdej niedzieli dopingują grających w piłkę synów - dziś już 68. letniego Mariana i osiem lat młodszego Bogdana, zawodników drużyny Polonia Falcon over 50. 
   Wieść niesie, że dla tych dwojga nie ma znaczenia czy mecz toczy się o ligowy awans, czy też jest najzwyklejszy treningiem. Kibicują bez względu na pogodę.
W strugach deszczu i w upalnym słońcu. Dla nich liczy się pielęgnacja rodzinnej tradycji: są blisko synów, którzy po zejściu  z murawy zasiądą RAZEM z nimi do niedzielnego, nierzadko przedpołudniowego obiadu i ofiarują sobie wzajemnie czas. 
   Ważna jest obecność chłopaków u nas,  pora nie ma znaczenia. Staramy się przygotowywać wszystko tak, by zdążyli zgłodnieć do tego właściwego obiadu, który zjedzą już we własnych domach, ze swoimi żonami i dziećmi  -  mówi z uśmiechem pan Stefan. Gotujemy razem z żoną. Wspieramy się. Ale ciasto piecze tylko Zosia  -  dodaje. 
    Od lat, celebracja tego niedzielnego posiłku odbywa się przy dużym, drewnianym stole, który jest dla rodziny Stójów symbolem więzi i potrzeby przynależności. Długo szukaliśmy takiego masywnego, mocno stojącego na nogach. Bo stół to takie serce domu. Najważniejszy mebel. (...) Los chciał, że znaleźliśmy go daleko, aż w stanie North Carolina. Sprowadzenie go nie było więc zbyt łatwe. Ale mamy, co chcieliśmy  -  opowiada pani Zofia. 
  Ponoć zgodnie z założeniami,  służy on rodzinie nie tylko do wspólnego spożywania posiłków i gromadzenia się przy okazji familijnych uroczystości. Jest też miejscem długich rozmów na różnorodne tematy: od błahych spraw, które bawią i rozśmieszają, przez sprawy życia codziennego, aż po poważne problemy i sprawy wielkiej wagi. Wtedy jest jak rodzinny konfesjonał. 
 I to właśnie przy tym stole, jesienią 2017 roku, po długiej rodzinnej naradzie, poprzedzonej wieloma rozmowami z żoną i dziećmi, syn pani Zofii i pana Stefana - Marian, podjął decyzję o finansowym wsparciu Gniazda Sokołów 88 i OCALENIU DLA NAS POLANKI SOKOŁÓW. 
   Dziś, po zakończeniu rzeczonego meczu, wraz z rodziną Stójów - zasiadam przy tym stole. Jestem wzruszona i podekscytowana. Czuję się też wyróżniona,
bo otrzymałam zgodę, by pytać.    

 Pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi  i pierwsze mecze 
 Ich emigracyjny rozdział życia miał swój początek w roku 1963. Po opuszczeniu swojego rolnego gospodarstwa w miejscowości Raniżów na Podkarpaciu, zamieszkali u krewnych pani Zofii w stanie Vermont. Jednak wielogodzinna, codzienna praca szwaczki i pomocnika farmera mobilizowała ich do czynienia poszukiwań takiego zatrudnienia, które umożliwiałoby prowadzenie w miarę uregulowanego życia. Chłopcy mieli zaledwie  -  12 i 4 lata...  
I stało się, choć konieczny był wyjazd do New Britain w stanie Connecticut. Nową pracę znaleźli bowiem w słynnej wówczas i w dodatku prowadzonej przez Polaka fabryce "Budney Aerospace". Cieszył przy tym fakt, że zamieszkali przy Orange Street, blisko polskiego kościoła. 
Atmosfera polonijnego miasteczka podobała się też 13. letniemu wówczas Marianowi, który jako uczeń szkoły katolickiej Sacred Heart - lwią cześć wolnego czasu spędzał w Washington Park, kopiąc wraz z kolegami  piłkę... 
  I to właśnie te pierwsze w nowym mieście sportowe doświadczenia dały początek wielkiej pasji, która z każdym kolejnym rokiem szerzej otwierała mu drzwi do kariery piłkarskiej. A rozpoczęła się ona już w 1966 roku, kiedy  stał się członkiem Connecticut Soccer League.
  Piłka -  tak, ale nie tylko...
...Także książki. Po opanowaniu języka angielskiego, czytanie, zdobywanie wiedzy, było dla młodego piłkarza priorytetem. Wiedziony marzeniami, zrodzonymi jeszcze w Polsce, snuł własne plany. Wzorując się na braciach mamy, chciał zostać lekarzem. Imponowała mu ta szczególna profesja,  odpowiedzialność za ludzkie życie i zdrowie, służba innym. 
   Umiejętnie, z charakterystyczną dla niego nieśmiałością i stoickim spokojem, łączył w spójną całość te dwa wyzwania. I ? jak pokazuje historia - radził sobie doskonale. 
    Rodzice ze zdumienia przecierali oczy, kiedy jako student Wesleyan University w Middletown (CT), uczestniczący w międzyuczelnianych rozgrywkach piłkarskich (1970 - 1973), do tego stopnia  zwrócił na siebie uwagę świata amerykańskiego sportu, że otrzymał zaproszenie na testy do Olimpijskiej Reprezentacji USA (!) na Olimpiadę w Niemczech (rok 1972).  
Kręcili też z niedowierzaniem głowami, gdy został dostrzeżony i doceniony przez  Los Angeles Aztek  z North American Soccer League (1974). 
Byli dumni, gdy odbierał niezliczone sportowe nagrody. Te, przyznawane mu zarówno w młodości, jak i te, które otrzymywał w wieku dojrzałym. Szczególnie cenią sobie dwie. Pierwsza to uczelniane wyróżnienie  - Wesleyan University Athletic Hall of Fame Inductee, oraz ta z 2008 roku, kiedy to wyjątkowo uroczyście został "wprowadzony" do prestiżowej Galerii Sław Piłkarskich Connecticut (CSHOF  - The Connecticut Soccer Hall of Fame). 
Nie ma wątpliwości, że w pełni na to służył. Jak mówi Bronisław Prusaczyk, oddany polonijnej piłce działacz społeczny Nowej Anglii:  Gdziekolwiek pojawił się piłkarz Marian Stój, także poza naszym stanem, gdzie studiował -  dał się poznać jako nadwyraz skromny człowiek i wyjątkowy sportowiec. Zawsze był widoczny na boisku, działał. Imponował fenomenalną kondycją i myśleniem. Mówiło się o nim, że ma podwójne płuca. (...) Za to znikał w przerwach. Kiedy inni zawodnicy rozprawiali o nowych samochodach i dziewczynach, on  - gdzieś w cieniu drzew,  z książka na kolanach  - "zakuwał" do kolejnego egzaminu...
  Nie sposób wymienić dziś z nazwy wszystkie drużyny, w których Marian grał na przestrzeni 53. lat, ale na pewno warto wyszczególnienie te najważniejsze, czyli dwie profesjonalne -  CT Wildcats i CT Yankees, oraz drużyny polonijne: Hartford Polish, gdzie grał będąc jeszcze uczniem New Britain High School, Polonia Hartford, z którą w roku 1989  zdobył Mistrzostwo stanu CT, Polonia Falcon, New York Polonia, i Polonia Garfield (New Jersey). 
Zapytany o tak imponującą listę polskich grup, powiedział: Kiedy w 1974 roku skończyłem collage, przez kolejnych 9 lat, na różnych uczelniach i w różnych szpitalach, zdobywałem wiedzę medyczną i praktykę, co dało mi pełne prawo wykonywania zawodu. Gdziekolwiek więc dane mi było egzystować, szukałem polonijnych piłkarzy i wyrażałem chęć uczestniczenia w życiu ich zespołów. Przyjmowali mnie -  i to cieszyło.  
Droga do wymarzonego zawodu 
    Nie ma wątpliwości, lata przygotowujące  go do bycia tym, kim jest ? wymykają się wyobrażeniom przeciętnego człowieka. Aby dziś  przed jego nazwiskiem figurował tytuł - Assistant Clinical Professor at University of CT Medical School in Department of Surgery (Asystent Profesora Klinicznego na Wydziale Chirurgii Okulistyki Uniwersytetu Medycznego Connecticut)  ? musiał przejść wyjątkowo długą drogę, na której pojawiły się m.in: Medical School - University of Connecticut School of Medicine (Connecticut), Manhattan Eye, Ear & Throat Hospital, Department of Ophthalmology (New York), Englewood Hospital (New Jersey), Hackensack Medical Center 
( New Jersey). 
  Od ponad 40 lat doktor Marian Stój jest wybitnym specjalistą od operacyjnego  leczenia chorób siatkówki i ciała szklistego. Tam, gdzie zagrożony jest proces widzenia, a więc utrata jednego z podstawowych zmysłów, za sprawą wyjątkowo skomplikowanych zabiegów - daje ludziom szanse, przywraca nadzieję i radość życia. 
Jest jednym z siedmiu specjalistów  pracujących w Retina Consultans P.C., czyli prestiżowej kliniki okulistycznej (założonej notabene przez Polaka, śp. doktora Stanisława Milewskiego) - w chwili obecnej przyjmuje w gabinecie w Manchester i Hartford, a operacje przeprowadza w St. Francis Hospital i Manchester Hospital. 
  Ponadto jest autorem wielu medycznych publikacji. 
Jak mówią jego pacjenci, do których udało mi się też dotrzeć - oprócz wysokich kwalifikacji, cechują go pokora i empatia. 
Nie mogło więc być inaczej - za swoje wyjątkowe osiągnięcia medyczne i człowieczeństwo  został już wielokrotnie publicznie doceniony. Przedstawiona poniżej lista wyróżnień i otrzymanych przez niego tytułów  -  już imponuje. A to jeszcze nie wszystko...   
Best Doctors 2011-2012, 2013, 2015-2016, 2017-2018, 2019 
Peer Reviewed Physicians 2013
Who?s Who Top Doctor 2012
America' s Top Ophthalmologist
Top Doctors Magazine 2015, 2016
Hartford Magazine Best Doctor
Hartford Magazine Top Doctor as Chosen by Their Peers
Best Doctors of America Award
America' s Top Ophthalmologist - Retina 
Greater Hartford Best Doctors
Castle Connolly Top Doctor

Dlaczego okulistyka?
 W życiorysie Mariana Stója wyjątkowo zaskakuje ten moment, kiedy to jako student szkoły medycznej w Farmington - podjął decyzję o wyborze specjalizacji. Leżał wówczas na szpitalnym łóżku. Przed oczami miał ciemność, a w sercu niepokój...
Pięciodniowa hospitalizacja była skutkiem urazu oka, którego nabawił się podczas...zajęć sportowych. Nie był to jednak mecz piłki nożnej, a gra w Sguasha, która także rozbudziła jego zainteresowanie.
  Szpitalny strach i wiążące się z nim natrętne myśli o utracie widzenia sprawiły, że stojąc w obliczu konieczności wyboru specjalizacji -  z godziny na godzinę odsuwał na bok ortopedię, do której się przymierzał. Oczy wydawały mu się w tamtym momencie najważniejszym organem ludzkiego ciała. 
Przysłowiową kropkę na "i" postawili jednak opiekujący się nim lekarze. Imponowali  mu bowiem fachowością i niespotykaną wręcz charyzmą. W "kryzysie autorytetów""stali się wzorcami. Zapragnął wówczas, by pracować z nimi w przyszłości. 
Ponoć marzenie to ziściło się z nawiązką...

Bezcenne wsparcie. 
I wsparcie - za wsparcie 
    Pisząc o ludziach, którzy wywarli duży wpływ na wybór drogi życiowej Mariana, koniecznie trzeba powrócić do znamiennej roli jego rodziców. Od zawsze mógł bowiem liczyć na ich duchowe i mentalne wsparcie, a także na finansową pomoc. I właśnie dzięki temu, młody, rozpoczynający pracę lekarz nie był obciążony żadnym uczelnianym kredytem.  
 Staraliśmy ze wszystkich sił, pokrywać koszty nauki naszych synów. (Bogdan także studiował na University of Connecticut - przyp. red.) Bóg dał, że się udało. Z czasem zmieniliśmy prace, co dawało nam trochę wyższe dochody. Poza tym, skrupulatnie  oszczędzaliśmy. Czasem nawet za bardzo... wspomina pani Zofia. 
 Do dziś nie chce nam wyjść z pamięci historia związana z balem stypendialnym, zorganizowanym przez Gniazdo Sokołów 88, podczas którego Marian, jako jeden z polskich studentów, otrzymał stypendium wartości 100 lub 200 dolarów. Już dziś dokładnie nie pamiętam... Choć było to duże wyróżnienie i ogromne dla nas wsparcie, nie uczestniczyliśmy w tym wydarzeniu. Liczyliśmy wtedy każdy grosz. Żal nam było wydać kilka dolarów na bilety, bo przecież można było za nie kupić jedną z potrzebnych chłopcom książek... dodaje.   
  -  Hmm, kiedy więc przed kilkoma miesiącami Marian zapytał nas o to, co sądzimy o jego planach związanych z ratowaniem Polanki Sokołów, przyszło mi na myśl, że będzie miał okazję odwdzięczyć się za tamto stypendium, a i przy okazji zrekompensować Sokołom stratę,  jaką ponieśli w związku z tym, że nie kupiliśmy tamtych biletów... - śmieje się pan Stefan. 
  - A tak poważnie. Jesteśmy bardzo dumni z Mariana. Kiedy przyszedł, usiadł przy stole i powiedział: "Chcę pomóc. Co o tym myślicie?" - nie mieliśmy wątpliwości. Polanka od wielu lat jest mu bliska. Przecież kiedy nosiliśmy się z zamiarem kupna domu, zarówno on jak i Bogdan - naciskali, by kupić ten w sąsiedztwie Polanki. Mogliśmy wybrać inny, tańszy. Ale tylko ten dawał im tę ogromną radość mieszkania prawie na murawie boiska...

  Patrząc dziś na tę siedzącą przy stole rodzinę, słuchając  tych pogodnych, pełnych ciepła  dziewięćdziesięciolatków i ich mądrych, wrażliwych synów - rosną mi skrzydła. Oni wszyscy są jak z bajki.
 Ale to nie jest bajka. 
   Cóż mogę na koniec napisać. Szacunek. Podziw. Zachwyt. Przejęcie. 
   I może jeszcze to, że dziś wiem, iż wraz z zamknięciem drzwi domu Państwa Stójów - otworzyły się przede mną nowe zadania, ukazały się nowe horyzonty. 
Czuję, że - podobnie jak przyjaciele Mariana: Bruno Lukas, Tadeusz Wojtoń, Tomek Kaźmierczak, Andrzej Gromadowski i Kazimierz Pilip, którzy od wielu już miesięcy współuczestniczą w budowaniu  nowej organizacji  Falcon Academic and Athletic Association INC, która ma wskrzesić życie na NASZEJ polanie -  ja też chcę pomóc.
I będę do tego zachęcała innych. Byśmy tego DARU nie zmarnowali. 
Póki co, aż ciśnie się na usta:
 Panie Doktorze, DZIĘKUJEMY.
Za obecność wśród nas. Za TEN gest. Za wsparcie. 
I ZA OGROMNE ZAUFANIE DO POLONII.
                                                                                                                                                                                                                                     Beata Kaczmarczyk 
 PS. Przy okazji tego tekstu, zachęcam do refleksji...Bo przecież TAK WIELE ZALEŻY OD NAS...
   Nie okłamujmy się, poziom życia socjalnego w naszym środowisku wygląda dziś dość smutno. Bardzo niska frekwencja na polonijnych imprezach, w tym tradycyjnych piknikach na Polance Sokołów, świadczy o wypalaniu się czegoś szczególnego. Czegoś, co jeszcze niedawno rozbrzmiewało gwarem życia i nadzieją na optymistycznie zabarwione jutro. Z trwogą spoglądamy więc na systematyczną deteriorację owoców marzeń i pracy wielu naszych rodaków, emigracyjnych pionierów tego terenu,
którzy - z niezwykłą determinacją i siłą własnych rąk(!) - budowali kluby polonijne, o których z dumą mówili "DOMY poza DOMEM".
Piękny to był zamiar i piękna była jego realizacja...
My, ich potomkowie i nowo przybywający emigranci - przejęliśmy z czasem ten dar w swoje ręce. I....